| |||
Spływ zorganizowaliśmy na życzenie uczestników poprzedniego spływu i tych, którzy w ubiegłorocznym nie mogli uczestniczyć. Podczas rozstania, po spływie, w ubiegłym roku postanowiliśmy, że stanie się on imprezą cykliczną, odbywającą się każdego roku na początku lata na innej trasie. W tym roku wybraliśmy rzekę Rospudę, która według przewodników miała być rzeką bezpieczną i łatwą dla wielu początkujących uczestników i dzieci, które ze sobą zabieraliśmy. Okazała się, szczególnie pierwszy jej etap, jak niektórzy stwierdzili, "szkołą przetrwania" zaserwowaną wszystkim przez organizatorów. Wąska, kręta, płytka, kamienista, co rusz powalone drzewa i głazy w nurcie rzeki zapamiętamy wszyscy. Po pierwszym ciężkim etapie wszyscy jednak byli radzi z jego szczęśliwego ukończeni i pozostanie on na pewno tematem podczas dzielenia się wrażeniami ze swymi rodzinami. Do dwójki ubiegłorocznych organizatorów: Staszka Pieniążka i Krzysia Borowskiego dołączyła w tym roku "człowiek ze złotą duszą", kobieta żywioł, Ania Feltynowska.
Urodzona i przeżywająca lata młodości nad Rospudą w pobliskim Świętemu Miejscu Józefowie. Ona i jej przemiła, miejscowa rodzina zorganizowała nam wieczór wspaniałych i niezapomnianych atrakcji na Uroczysku. Dzień 0 - Środa 6.VII Od południa zjeżdżamy się na łące nad rzeką gdzie będziemy spędzać pierwszą noc. Już przejeżdżających przez mostek nad Rospuda wita kręta, płytka i tak wąska rzeczka, że pierwsze pytania po powitaniu brzmią: "Staszku, to tym mamy płynąć? Jak tu wiosła wkładać do wody? Jak zakręcać, gdy przód i rufa kajaka dotyka na zakrętach brzegu?"
- Damy sobie radę, odpowiadają organizatorzy. Nie będzie tak źle. Towarzystwo zjeżdża się do północy
i ostatnia para (Jacek z uroczą siostrzyczką Kasią) docierają na łąkę już dobrze koło północy. Sprawy organizacyjne, kasa itp. Wszyscy uczestnicy jak zwykle otrzymują pamiątkowy kubek z logo firmy www.kajak.pl zabezpieczającą jak i poprzednio spływ od strony technicznej oraz przygotowane przez organizatorów koszulki z logo II już spływu na pamiątkę. Ok. 19 kolacja serwowana nam przez właścicieli miejscowego gospodarstwa agroturystycznego, czyli bigos z ziemniaczkami, kiełbaski do ogniska, ciasto własnego wypieku, kompot i na spróbowanie, własnej roboty wino. Dodatkowo z miejscowego "pozarozdzielnikowego" zaopatrzenia jakieś tam mocniejsze popitki z cukru czy śliwek dla dorosłej części spływowiczów. Wprowadziło to wszystko milą i bardzo rodzinną atmosferę.
Po kolacji pierwsza atrakcja spływu a to ogłoszenie zaręczyn pary młodych ludzi (Ania i Paweł), którzy poznali się na ubiegłorocznym spływie, zapaliła się jakaś iskierka i postanowili swoje drzewko genealogiczne budować już razem. Szampan chłodzony w Rospudzie i spełnianie okrzyków "gorzko, gorzko..." Trwało do bardzo późnych godzin nocnych.
Dzień 1 - Czwartek 7.VII Zachrypniętych od częstego wołania "gorzko.." Wita nas przepiękny słoneczny poranek.
Uroku krajobrazowi dodają pasące się obok za rzeczką koniki. Kawka, wyprawa do sklepu by uzupełnić prowiant i napoje chłodzące, śniadanko, składanie namiotów, pakowanie bagażu ba przyczepkę, która będzie za nami jeździła z etapu na etap. Zbieramy się wszyscy do pamiątkowego zdjęcia gdyż wieczorem już obowiązki zawodowe każą przerwać spływ trzem osobom a na następny dzień jeszcze jednej. Robimy zdjęcia, wszyscy w stroju "służbowym", czyli w koszulkach upamiętniających spływ.
Potem mała odprawa z organizatorami i instrukcja dla wszystkich a szczególnie dla tych, którzy po raz pierwszy są na kajaku. Ustalamy także, że nie będziemy wyznaczać w tym roku godzin ścisłych godzin wypłynięcia gdyż szerokość rzeki uniemożliwia płynięcie razem, koło siebie tak jak poprzednio na Wdzie.
Niektórzy poprzechodzą "Szkołę Przetrwania". Etap ciężki. Głazy, zwalone drzewa, kamieniste płycizny a do tego wąska i kręta rzeka od początku dają się we znaki początkującym. Co dziwne jednak nikt po tym dniu nie zrezygnował z dalszej części spływu.
Pomimo upalnej pogody, niektórych na trasie spotkała ulewa z gradobiciem a innych, tych płynących z tyłu tylko drobny deszczyk. Wniosek, że nie warto się wyrywać do przodu, bo można wpaść pod grad. Część uczestników w sile 6 kajaków dopadł deszcz tuż przed wypłynięciem na jezioro Garbaś. Już lekko zmoczeni przybili do brzegu, aby schronić się pod drzewami. Tymczasem gospodarz pobliskiego prywatnego biwaku zaproponował nam schronienie pod dachem. Nie tylko było sucho, ale każdy dostał jeszcze kubek gorącej herbaty. Wszyscy byli pod wrażeniem tej gościnności.
Atmosfera pomimo ciężkiej trasy wspaniała. Wszyscy (nawet dzieci) rozbawieni i weseli. Może wpływ na to miał ten szampan i radość ze spotkania i poznania wielu osób znanych dotychczas tylko z list dyskusyjnych. Nie widać smutnej czy zmęczonej twarzy. Pod koniec etapu przenoska kajaków (20m) przy młynie w Bakałarzewie i po chwili wpływamy na jezioro Sumowo, gdzie zaraz na początku na polu biwakowym miejscowego gospodarstwa agroturystycznego rozbijamy się na nocleg.
Pomimo zmęczenia ciężkim etapem i pierwszych już widocznych odcisków od wioseł na dłoniach, niektórzy jeszcze udają się do wioski (1,5 km.) by zwiedzić miejscowy kościółek z ciekawą architekturą. Żegnamy dwóch Tomków, małego i dużego oraz naszą "Sekutnicę" Anię, którzy muszą być jutro w pracy.
Piłka, ognisko, śpiewy prowadzone przez okropnie rozrywkowego Piotra z Andrzejem, "Płonie ognisko i szumią knieje" śpiewane na 6 chyba głosów, ciekawe opowieści, kawały trwały do późnej nocy.
Dzień 2 - Piątek 8.VII Ranek wita nas jak zwykle przepiękną słoneczną pogodą. Kąpiel poranna w jeziorze spacer do wioski po zakupy, kawka, śniadanko, pakowanie sprzętu i bagaży i hajda wio.
Jezioro Sumowo 4 km długie kończy się w mgnieniu oka. Po krótkim odcinku rzeką gdzie znowu jakieś zwalone drzewka, płycizny i kamienie "przelatujemy" boczkiem przez jezioro Okrągłe i wpływamy na bardzo malownicze także rynnowe jezioro Bolesty. 7 km długości ciągnie się nam wiekami.
Kręte jezioro ze spadzistymi brzegami zarośniętymi lasem zda się, że już się kończy. Jednak, gdy mijamy jakiś półwysep okazuje się, że chyba jego koniec jest gdzieś tam na horyzoncie. I za godzinę znowu się sytuacja powtarza. W końcu jest koniec jeziora zarośnięty gęstymi trzcinami gdzie nie widać by wypływała z jeziora jakaś rzeczka. Miejscowy wędkarz pokazuje nam dalszą część trasy i przepływ na rzeczkę. Po chwili, już na rzeczce spotykamy jakieś pole biwakowe i z radością dobijamy do brzegu by trochę w kąpieli ochłodzić się od gorącego żaru bijącego z nieba. Jest tu też możliwość zakupu czegoś chłodzonego do napicia. Można tu także coś przekąsić. Korzystamy więc z okazji i zjadamy jakieś flaczki.
Tu też grupka naszych maruderów, wyraźnie zmęczonych albo wczorajszym wieczorem albo dzisiejszą trasą w okropnym upale a może po prosty chłodzeniem się jakimś niezbyt chłodnym napojem załadowała kajaki i siebie na przygodną ciężarówkę i końcową część etapu odbyła "na deku". W Małych Raczkach powitało ich ogólne "Buuuu...Buuuu".
Pozostaną już do końca "Spływowiczami zmotoryzowanymi". Przy młynie w Małych Raczkach przenoska kajaków. Właściwie wyciągnięcie na biwak i przeniesienie ich 15 m. Po drugiej stronie po przejściu przez kładkę stary młyn wodny a w nim sympatyczny bar. W barze czeka już na nas zamówiony już wcześniej gorący żurek z chlebkiem. Z uwagi na panujący upał nie rozpalamy już ogniska a korzystamy z dużego zadaszonego miejsca ze stołami by spędzić tu resztę wieczoru. Po żurku i jakichś tam popitkach, (zimne piwo) degustacja zamówionego już wiele dni wcześniej ogromnego sękacza (obrzędowe ciasto weselne). Ogromny to może on byłby i dla gości weselnych, wcześniej nażartych weselnymi potrawami. W naszych żołądkach znika natychmiast.
Kawka i herbatka i pierwsza atrakcja przygotowana przez niezastąpioną Anię. Opowieści o Rospudzie i okolicy rzeki obrazowane materiałami, które przygotowała dla wszystkich. Jej kuzyn, Kuba, młody chłopak z tej okolicy, laureat regionalnego konkursu bajarzy ludowych prezentuje nam swoje konkursowe opowieści.
Jakieś kiełbaski, napoje, śpiewy, opowiadania, dyskusje, podcinanie nożem brody "Guru" i powoli kończy się następny wieczór.
Jeszcze parę zdjęć zza rzeczki i spać.
Dzień 3 - Sobota 9.VII Chyba najbardziej ciekawy i urozmaicony poza pierwszym etap spływu. Po rannej kawce i "drobnym" śniadanku z np.9 jajeczek (Krzysio) ruszamy na piękną wijącą się rzeczkę.
Wspaniałe krajobrazy, bogactwo zwierząt kaczek, łabędzi i innego ptactwa a nawet wypłoszone ze swego siedziska bóbr. Trasa doliną a brzegami zarośniętymi wysokim lasem o stromych brzegach i mnóstwem powalonych drzew, pod którymi dla niektórych sztuką było uniknąć przenoski. A jakie widoki? Żałujcie nieobecni. Niedługo, po minięciu Raczek, zatrzymujemy się w pobliżu miejscowości Dowspuda gdzie oglądamy pozostałości znanego z przysłowia pałacu Paca. Nie wiele z niego pozostało, ale sam prześliczny portal bramy wskazują na jego wielkość i piękno. Zdjęcia, chwila zadumy i z powrotem na trasę.
Niedaleko w Chodorkach bar przy rzece gdzie kolejno grupkami się zatrzymujemy i przy chłodnych napojach odpoczywamy. Mała przekąska i zakupy pozwalają na dalszy wysiłek w pokonywaniu trasy. Gęste mieszane lasy. Krajobraz jakby dziewiczy.
I tu zaczyna się seria przygotowana nam przez niezastąpioną Anię F., Jej brata Adama oraz przez całą ich okropnie sympatyczną rodzinę. Adaś przyjeżdża wozem drabiniastym wymoszczonym sianem i to pierwsza ogromna atrakcja, szczególnie dla kilkorga najmłodszych naszych uczestników. Najpierw głaskanie i podkarmianie staruszka konia a potem na wóz, na sianko i hajda w las po bezdrożach. Poza dziećmi pakuje się kilkoro trochę starszych by uwiecznić wyprawę na zdjęciach. Konisko ledwo ciągnął pod małą górkę załadowany spływowiczami wóz. Wreszcie stanął i nie chciał iść dalej. Dopiero po zejściu Staszka (105 kg. no może z brodą 106) ruszył dalej ciągle się oglądając czy Staszek czasem z powrotem nie wsiada.
W tym czasie inni udali się do Świętej Rzeczki by w kąpieli obmyć się z brudów tegorocznego spływu. Czy była to kąpiel przynosząca jakiś efekt? - Chyba nie gdyż kąpali się w ubraniach a tradycja mówi zupełnie przeciwnie.
Po powrocie młodzieży z wycieczki wozem na wszystkich już czekały wspaniałe kartacze (to takie wielkie, nadziewane pyzy z okrasą ze skwarek i cebulki) przygotowane przez rodzinę Ani mieszkającą tuż w pobliskim Józefowie. Pomimo ciemnoszarego koloru smakują wyśmienicie i zanim jeszcze wszyscy dostali swoje porcje już ustawiła się kolejka po dokładkę. Do tego Adaś zaserwował jakąś "męską" popitkę ze śliwek, także znakomitą jak i kartacze.
I dalej następne zaskoczenie spływowiczów przez niezastąpioną Anię. Przywozi ona z Augustowa małżeństwo Państwa Wojciecha i Ireny Baturów, miejscowych naukowców, ludzi zakochanych w historii i etnografii tych terenów. Ona, polonistka, bibliotekarka, znawczyni ziół i miejscowej roślinności. On, historyk, kustosz Muzeum Ziemi Augustowskiej i Specjalista od Historii Kanału Augustowskiego.
Obydwoje dorzecze Rospudy przeszli na własnych nogach zbierając skrzętnie opowieści o tych terenach i dokumentując legendy związane z regionem. Wspaniali znawcy regionu, publikujący w wielu czasopismach artykul;y także przydatne genealogom jak cykl artykułów o cmentarzach Jaćwieży. Znają tu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów chyba wszystkich. Dowiedzieliśmy się dlaczego właśnie w Noc Świętojańską odbywają się w Uroczysku tutejsze obrzędy. Rzeka dawala ludziom życie i możliwość przetrwania była dla nich wszystkim. Byli oni wszyscy od pradawna związani z wodą. Dlatego panuje tu kult wody, a jak wody to i św. Jana Chrzciciela. Opowieści, legendy, przez dwie ponad godziny. Towarzystwo wkoło ogniska zasłuchane i nawet zwykle głośne dzieci siedziały jak myszki wkoło słuchając legend. Jeszcze jakiś mały toast na cześć państwa, pożegnanie z przemiłą rodzinką Ani i spać, bo jutro najdłuższy odcinek spływu a po południu w samochody i do domu. Dzień 4 - Niedziela 10.VII Tradycyjnie, kawka, śniadanko, pakowanie, przeprawa bagaży kajakami na drugą stronę do przyczepki i w drogę. Wysiadają nam tu dwie panie A. Jeden odcisk od wiosła na rękach i jeden pryszczyk na intymnej części ciała to zbyt wiele na delikatne kobiece ciało. Ten etap odbywają naszym samochodem przewożącym bagaże. A kajak? - Na dachu. Jak nigdy, startujemy wszyscy wcześnie, zaraz po 9 rano. Trasa cały czas rzeką z bagnistym brzegami zarośniętymi gęstą trzciną.
Upał nieziemski i okropne gzy gryzące setkami. Jakieś inne robactwo spadające z trzcin i łażące po całym ciele a do tego jeszcze odciski nabyte na pewnej części ciała od twardych kajakowych siedzeń. Przez cały etap nie spotykamy miejsca by można było wysiąść na brzeg, załatwić swoją potrzebę czy też ochłodzić się kąpielą w rzece. I wreszcie zda się po godzinach męczarni rzeczka staje się szersza z mniejszym prądem, ale za to bardziej prosta. Znikają trzciny, pojawia się las. Wszystko to oznacza bliskość jeziora, czyli krańca ostatniego etapu. Pojawiać się zaczynają także duże motorówki i łodzie wycieczkowe wpływające w szerokie ujście Rospudy. I tu znowu następni "oszuści spływowi" podłączyli się do jednej z motorówek chcąc zaoszczędzić sobie trochę wiosłowania.
Jednak po chwili pęka linka holownicza (zbyt wielu ich było?) i końcową część trasy musieli jednak żeglować za pomocą swoich wiosełek. Dopływamy wreszcie do półwyspu "Goła Zośka" na plażę gęstą od kąpiących i biwakujących. Wczorajsza legenda mówiła, że gdzieś tu w trzcinach pojawia się "Goła Zośka" i zwodzi żeglujących czy kajakowiczów. Rozglądałem się dokładnie po brzegach i zapewne Zosiek tam było wiele jednak żadna goła. Chociaż tam gdzieś w trzcinach, blask jakiś, jakby jakaś nimfa bez ubrania kąpała się w wodzie. Jednak zanim trochę podpłynąłem do brzegu i uzbroiłem aparat, rozpłynęła się w trzcinach. A więc żegnaj "Goła Zośko", może Cię znowu kiedyś zobaczę przy okazji następnego spływu. Wtedy już będę bardziej dyskretny. Podpłynę cicho i bez aparatu. Może uda mi się wejść w Twoją legendę. No i cóż. Jak w ubiegłym roku. Kierowcy po samochody. Reszta pakować bagaże i do domu.
Przedtem jednak zapewniamy, że w komplecie wszyscy, tak młodzi jak i starsi znowu się spotkamy na kolejnym spływie gdzieś tam na jakiejś rzece w Polsce. Na pewno!! I Ja i wszyscy w to wierzymy. A więc buźka i do zobaczenia. Małe podsumowanie Trochę danych, które nie zmieściły się w reportażu:
Tak, więc kajakami spływ zakończyło 34 osoby, co daje podobny wynik do ubiegłorocznego, gdzie wykruszyło się 5 osób (1 planowana a 4 z powodu niewygód ). Rozpiętość wieku od 4 lat (wnuczka Ani Patrycja i Mały Tomek) do 66 (Staszek) Największym pechowcem okazał się Grzesio K. Któremu po drobnej kąpieli zamoczył się pilot do samochodu i nie mógł go uruchomić w Filipowie. Dzięki uprzejmości i pomocy Maćka z Kielc, który dostarczył mu bagaż i córeczkę a także uprzejmości jak zwykle niezawodnej Ani, został przetransportowany do rodziny w Olecku by tam martwić się o zorganizowanie sobie powrotu do Warszawy |





