To wszystko zaczęło się chyba na pl.soc.genealogia. Po raz kolejny powrócił temat spotkania wszystkich osób, które ze sobą codziennie rozmawiają przez tą grupę, ale nigdy się nie widzieli. Było wiele propozycji, a to spacery, a to rowery. W końcu Krzysztof Borowski zaproponował spływ kajakowy. I to w takim miejscu, gdzie można i pospacerować i pojeździć na rowerze: w Borach Tucholskich. Tak już zostało.
Na szczęście dla całej inicjatywy do realizacji przystąpiły dwie konsekwentne osoby i efekt był już praktycznie murowany. Stanisław Pieniążek i Krzysztof Borowski ustalili trasę spływu, zadbali o osprzętowanie, noclegi i całą otoczkę. Zadbali też o to, aby impreza zaistniała wśród genealogów, szczególnie tych korzystających z Internetu. I tak 10 czerwca niespełna 50 osób ruszyło z najróżniejszych miejsc w Polsce (Gdańsk, Gdynia, Kraków, Legionowo, Łódź, Rumia, Warszawa, Wrocław, Zielona Góra) do miejscowości Borsk, pierwszej bazy spływu.
Przez cały dzień dojeżdżały kolejne osoby. Zaczęło się rozbijanie obozowiska. W momencie zjeżdżania się w Borsku nikt z nas się nie znał i dochodziło do ciekawych historyjek: stojąc za siatką drucianą w odległości dwóch metrów od siebie rozmawialiśmy z przyjeżdżającymi przez komórkę tłumacząc jak wyglądamy!
Każdy dojeżdżający otrzymywał koszulkę z logo spływu oraz pamiątkowy kubek.

Wieczorem, gdy przybyli już wszyscy odbyła się uroczysta, powitalna kolacja. Jak przystało na solidną biesiadę na stoły trafił pieczony świniak i różnorakie trunki. Od samego początku atmosfera spotkania była wspaniała.
W trakcie imprezy była okazja do celebrowania dwóch wydarzeń. Po pierwsze Staszek wręczył mi pamiątkową, szumiącą morzem, cegłę z morskiego piasku i kaszubskiej gliny, do budowanego przeze mnie domu. Na cegle tej złożyli podpisy wszyscy uczestnicy spływu. Zaraz potem odbyła się jeszcze zacniejsza celebra: -naste ;) urodziny Ani Krzyżankowskiej, naszego Spidera. Był szampan i gratulacje.
Później impreza przeniosła się na pole namiotowe. A tam ognisko i rozmowy do późnej nocy.
Dzień 1 spływu: Borsk - Wojtal
Poranek był piękny. Chociaż prognozy pogody nie zostawiały żadnej nadziei, to jednak wielu się łudziło, że może jednak się uda. Rankiem cała wesoła kompania zabrała się za kajaki i poszliśmy na brzeg Wdy. Wszyscy mieli pewne miny, chociaż niejeden nigdy wcześniej nie siedział w kajaku i wcale nie było to dla wszystkich oczywiste, że im dobrze pójdzie. W końcu rozpiętość umiejętności i wieku była poważna. Mieliśmy wśród nas dzielnych trzylatków, no i jeszcze dzielniejszych 65-latków.
Oczywiście nie obeszło się bez wywrotek. A to jedna młoda para postanowiła się pocałować, a to ktoś tam nie wymanewrował. Najbardziej znaczącą wywrotkę wykonał Senior spływu Mieczysław Lewandowski z małżonką. Pomagając innym osobom sam nie zapanował na swoim kajakiem i chlup. Diabli wzięli jego aparat foto i komórkę! Wylewał z nich wodę i początkowo próbował suszyć suszarką do włosów, ale bez efektu. Całą historię potraktował bardzo żartobliwie i z uśmiechem.
Na początku pogoda była wspaniała, ale po kilkudziesięciu minutach zaczęło cokolwiek padać. I tak zaczęła się nasza całodzienna zabawa ze skokami od mostu do mostu. Tam każdy mógł przetrzymać największe opady.
Z tego wszystkiego po drodze umknęło nam przejście do koryta rzeki Wdy. W ten oto sposób popłynęliśmy kanałem, który mijał miejsce planowanego noclegu o jakiś kilometr. Sprawa wydawała się dosyć poważna, ale okazało się, że miejscowi mogą nam pomóc i cała historia zakończyła się przygodą - przejażdżką traktorem po leśnych wertepach.
Niestety na koniec dnia chmury nie oszczędziły naszej kompanii i lunęło jak z cebra. Na szczęście ciemnym wieczorem udało się rozpalić ognisko i trochę wysuszyć rzeczy. No, a jak już jest ognisko, to już koniecznie trzeba pogwarzyć. I tym razem trwało to do późnych (a właściwie to chyba wczesnych ;) godzin.
Dzień 2 spływu: Wojtal - Czarna Woda
Tego dnia pogoda była dla nas łaskawsza. Część ludzi wybrała się jeszcze na wędrówkę do rezerwatu "Kamienne Kręgi". Ochronie podlega tu 10 kręgów o średnicy 15-33 m ułożonych koncentrycznie z olbrzymich i średnich głazów. Kręgów używano prawdopodobnie w celach kultowych lub do wyznaczania pór roku.
Popłynęliśmy w dalszą drogę. Tym razem wiodła nas naturalnym korytem rzeki. Oznaczało to piękne krajobrazy, ale też i różne wiry, płycizny czy korzenie. Mimo to przepłynęliśmy ten odcinek całkiem szybko i już wczesnym popołudniem wszyscy byliśmy w miejscu kolejnej bazy spływu. Bardzo fajnie zagospodarowany ośrodek "Dom nad Rzeką"w Czarnej Wodzie sprawił, że ten dzień należał do jeszcze bardziej udanych. Odbył się poważny mecz siatkówki, a także pieczenie własnoręcznie przyrządzonego pstrąga na ognisku. Pogoda dopisywała, a zachód słońca u wielu z nas pozostanie w pamięci.
Część osób upodobała sobie huśtawkę:
a część ognisko:
Tego wieczora - jakoż i zwykle - zasiedliśmy do nocnych rozmów. Najpierw Staszek zadał pozostałym przygotowaną wcześniej zagadkę: rozszyfrowanie łacińskiego zapisu z księgi parafialnej. I tak rozpoczęło się forum wymiany przygód różnorakich, dziwnostek w naszych rodzinnych historiach, a wreszcie wymiana doświadczeń. Mieliśmy okazję posłuchać między innymi o podmianie metrykami dwóch osób w rodzinie Zbyszka Szybki, Mieczysław Lewandowski mówił o kolorowaniu dat w zależności od stopnia ich udokumentowanie, ja pokazałem swój warsztat komputerowy. Myślę, że każda z osób skorzystała.
Dzień 3 spływu: Czarna Woda - Czubek
Tego dnia według prognoz wszelakich miało lać. No, ale pogoda chyba zrozumiała, że nie należy takim fajnym ludziom przeszkadzać i było pięknie.
Dzień rozpoczęliśmy od wykonania wspólnego zdjęcia całej grupy. Najpierw była mała grupa. Później wszyscy. Minęła chwila i ktoś przyniósł kajak, no i wiosło. Tak powstało prawdziwie spływowe zdjęcie naszej grupy.
Podpisaliśmy jeszcze koszulki dla zaprzyjaźnionych osób, które nie mogły uczestniczyć w spływie, no i powolutku kolejne osoby - szczególnie te z odleglejszych zakątków kraju - wypływały na ostatni etap.
Trasa tego dnia była krótka i już po jakiś 3 godzinach osiągnęliśmy cel. Tam czekał na nas samochód z wózkiem na kajaki. Jak wszystko co miłe i czas spływu się skończył.
Po trzech dniach rozstawaliśmy się jak wieloletni przyjaciele zapewniając , że na każdą następną taką imprezę stawimy się w komplecie. Pożegnaniom nie było końca.
|