Słowem wprowadzenia do drugiej części artykułu poświęconego narzędziom i strategiom wpływu społecznego, przytoczę pewną historię.
Jakiś czas temu moja macierzysta babcia, która po przeprowadzce z jednego krańca Warszawy na drugi, przez dobrych kilka lat, co rano, pokonywała komunikacją miejską znaczny kawałek drogi. Celem tej wyprawy był mały bazarek na Woli, na którym babcia zaopatrywała się w najlepsze - według jej opinii - pieczywo w stolicy. Wszystko to działo się pomimo faktu, że od nowego miejsca zamieszkania do innego targu dzieliło ją zaledwie 50 m. Wiele czasu minęło, zanim moja babcia na skutek braku sił zrezygnowała z codziennych eskapad i chcąc nie chcąc polubiła pieczywo z Żoliborza.
Z pewnością większość z nas mogłaby wymienić przynajmniej kilka takich sytuacji życiowych, w których w większym bądź mniejszym stopniu uległa wpływowi drugiego człowieka w kontakcie bezpośrednim czy też za pomocą rozmaitych środków przekazu.
Choć na pierwszy rzut oka tego typu sytuacje wydają się przejrzyste i komfortowe, z perspektywy czasu rozpatrujemy je najczęściej w wymiarze pejoratywnym, mając tu na myśli choćby nakłonienie nas przez domokrążcę do zakupu czy to najnowszej generacji urządzenia domowego, czy też kompletu miseczek – rzeczy, które jak szybko się okazuje, różnią się od już posiadanych jedynie dodatkową funkcją czy pojemnością i bez kupna których prowadzenie gospodarstwa domowego z pewnością by nie ucierpiało. Innym razem, solidaryzując się z potrzebującymi, wpłacamy datki na cele charytatywne. W tym drugim przypadku możemy się spodziewać, że raz wpłaciwszy symboliczną złotówkę, regularnie już będziemy informowani przez organizację dobroczynną o nowych, równie ważnych potrzebach i jako od ludzi wrażliwego serca oczekiwać się będzie kolejnego wspomożenia finansowego.
Koszty psychologiczne, jakie ponosimy doświadczając tego typu przeżyć, są na tyle ogromne, że raz zmanipulowani staramy się za wszelką cenę unikać kolejnych prób wywierania wpływu na podejmowane przez nas decyzje.
Dostałem niedawno książkę Jana Bystronia „SŁOWIAŃSKIE OBRZĘDY RODZINNE”
Wydaną w 1916 roku nakładem Akademii Umiejętności w Krakowie. Wydaje mi się, że warto przytoczyć rozdziały poświecone imionom:
Jednym z etapów pracy rodzinnych genealogów jest dzielenie się posiadanymi informacjami z krewnymi bądź innymi osobami. Do zadania tego można wykorzystać komputery i programy genealogiczne. Dzięki nim nasze osiągnięcia możemy prezentować zarówno ON-LINE w Internecie jak i OFF-LINE za pośrednictwem dyskietek, płyt CD czy DVD. W obu przypadkach, a więc także offline, elektroniczne drzewo genealogiczne może przybrać postać witryny WWW, a więc formę systemu plików HTML, pomiędzy którymi znajdują się odsyłacze, a całość jest przeglądana w przeglądarce internetowej. (...) Chciałem Państwu zaprezentować jeszcze jedną możliwość zaprzęgnięcia komputera do prezentacji wyników naszej genealogicznej pracy. Jest nim skrypt genealogiczny JSFamilia.
W większości rodzin mamy do czynienia z jakąś legendarną postacią, o której więcej się mówi „podobno” i „słyszałem że…” niźli znamy faktów. Czy jest szansa na złożenie z okruchów informacji prawdziwego obrazu tej osoby? Jak rozpocząć poszukiwania, gdy prawie niczego nie wiemy lub przekazy zdają się nieprawdopodobne?
Spróbowałem zmierzyć się z taką rodzinną legendą. Pogoń trwała ponad rok.
Opisałem ją ku pokrzepieniu młodych adeptów genealogii, by nawet w beznadziejnych na pierwszy rzut oka sytuacjach, nie poddawali się.