Opowieść z "pieskiem i kotkiem" w tle. Nie cala historia rodziny musi byc pisana na "bacznośc".
Jeszcze za panieńskich czasów moja prababcia, Emilia Nartowska, wtedy jeszcze Stankówna, przebywała we Lwowie dla edukacji, jak się wtedy mówiło, na pensji Sióstr Ormianek. Mieszkała na pierwszym piętrze, narożnej kamienicy, przy ulicy prowadzącej z rynku do ka-tedry Ormiańskiej, u pani Palmieri - Włoszki. Po powrocie ze szkoły często grała na fortepianie i śpiewała. Przypadkowo profesor konserwatorium muzycznego, usłyszał jej głos, wszedł do domu, przedstawił się i spytał czy nie mógłby ją uczyć śpiewu, bo panna głos ma wyjątkowy. Emilia miała bowiem specjalną budowę gardła, która nawet u bardzo sławnych śpiewaków rzadko się zdarzała, już nie mówiąc o samym głosie, jego barwie i skali. Rodzice się zgodzili , z tym że nie było mowy o karierze scenicznej. Nie mniej jednak Emilia parokrotnie występowała we Lwowie w ówczesnym Teatrze Małym tzw. Skarbka, na koncertach do-broczynnych i tylko w tych celach . Tam usłyszał ją sławny dyrektor z wiedeńskiej opery i dał zrobić specjalnie dla niej fortepian, byleby tylko raz wystąpiła w operze wiedeńskiej. Instrument ten był specjalnie dostosowany do jej głosu. A był to unikatowy egzemplarz o drewnianej płycie rezonansowej.
I ten jeden raz wystąpiła.
Za dziecinnych czasów mojej Mamy Danki w pradziadkowym Narajowie, w saonie stała wygodna kanapa i fotele. Na podłodze rozpościerała się skóra z białego niedźwie-dzia, z wielką głową, zębami i szklanymi oczami. Na niej sadowiły się dzieciaki, aby słuchać swojego dziadka, a mojego pradziadka Franciszka, wygodnie rozpartego na kanapie i opowiadającego o swoich syberyjskich przygodach. Prababcia grywała zaś wieczorami na fortepianie i śpiewała różne kuplety lub pieśni patriotyczne
Ten to austriacki nieduży instrument pojechał pod koniec lat dwudziestych do Brzozowa, gdzie w niewielkim pałacyku mieszkała z rodziną córka Emilii, Wanda Białowa - moja Babcia. Dom był muzykalny, o patefonie czy radiu mowy jeszcze wtedy nie było, więc na domowych zabawach moja Mama Danka, grała do tańca na fortepianie modne kawałki, jak „Ramona”, „Oczy czarne” itp. Jej starszy brat Leszek, pomagał na skrzypcach, a mój dziadek Stanisław, jak był akurat w domu, na flecie. Cały gruby plik nut, własnoręcznie przez nich przepisywany jeszcze do dziś leży na moim strychu.
W połowie lat trzydziestych Mama wyszła za mąż, za Włodka, mojego Tatę. Tato pracował we Lwowie, Mama w Brzozowie i mieszkali osobno. Tato zarabiał grosze i nie stać go było na utrzymanie żony. Ona nie mogła znaleźć pracy we Lwowie. Byli ze sobą tylko od święta. I tak kiedy, z okazji takiego święta, Tato przyjechał do Brzozowa, poszli w deszczowy mokry dzień na spacer z psami, Wilczkiem i Pazikiem. W pewnym momencie psy stanęły nad kałużą i zaczęły coś zajadle obszczekiwać. Na źdźble trawy kołysało się nad wodą „coś” bardzo maluteńkiego, przeraźliwie mokrego, nieproporcjonalnie długiego, jeszcze ślepego i bez sierści . Tato schylił się, aby to „coś” wziąć do ręki, a „coś” ucięło go boleśnie w palec. Przynieśli „coś” do domu, wsadzili w gałgany, wystarali się o pipetkę i nią cierpliwie co kilkanaście minut karmili mlekiem. Było skraj-nie wyczerpane. Początkowo „coś” było tak głodne, że mało je tym mlekiem nie utopili, taki miało malutki pyszczek. Karmili tak długo, aż „coś” nabrało siły i zaczęło jeść samodzielnie. Okazało się, że to niemowlę łasiczki. Zostało u nich i wyrosło na śliczną, zwinną i zupełnie oswojoną. Nie bała się psów i nie atakowała kotów, a one obchodziły ją z daleka dla należnego szacunku.
Przywiązała się bardzo do moich rodziców. Dawała się pieścić i na chwilę brać do ręki. Lubiła spać w wewnętrznej kieszeni marynarki ojca. Ale jak to łasica była żywa, jak srebro. Wszędzie było jej pełno. Potrafiła też mieć swoje antypatie i nie jedna panna z pi-skiem zwiewała bezmyślnie przed nią na stół. Choć taka ucieczka, jak przed myszą, była da-remna. Łasica była szybsza.
Nazywała się Riki-tiki-tari na cześć Kiplinga, którego tato był wielbicielem. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że łasiczka okazała się płci pięknej i nic nie mówiąc nikomu założyła sobie gniazdo w fortepianie, gdzie miała zamiar urodzić swoje małe. Fortepian nagle przestał grać. Rodzice wezwali stroiciela, a ten nieświadom niczego wyjął klawiaturę, czy coś innego, dużego, co w trakcie demontażu zmiażdżyło łasiczkę. Pozostała po niej już tylko, ale za to na zawsze, krwawa plama.
Przyszła wojna i rozdzieliła Polskę na strefy okupacji. Brzozów pozostał po niemieckiej stronie, a Lwów, gdzie schroniła się cała moja rodzina po sowieckiej. Nasz dom w Brzozowie przechodził z rąk do rąk. Był zajęty nawet przez gestapo i w tedy w jego piwnicach powstało więzienie. Wnętrze domu było sukcesywnie grabione przez wrogów jak i przez mieszkańców Brzozowa. Kiedy w 44 roku rodzice uciekli przed sowietami ze Lwowa do Brzozowa, okazało się że fortepian zniknął. Nikt nie wiedział co się z nim stało.
Pewnego letniego popołudnia rodzice szli przez ryneczek i usłyszeli znajomy głos instrumentu. Mama stanęła jak wryta, absolutnie przekonana, że to "nasz". Pobiegła po stójkowego i z nim weszła do mieszkania, skąd dobiegał znajomy głos. Gdy zobaczyła fortepian, nie brązowy, a czarny w pierwszej chwili straciła rezon, ale - firma ta sama. Wyjaśniła nowym właścicielom, że w tym a tym miejscu powinien być krwawy ślad. Jeżeli będzie, to sprawa jest jasna - fortepian jest nasz. Został otwarty i wszyscy mogli zobaczyć, że ślad był. I tak szczęśliwie, już jako czarny wrócił do mojej rodziny.
Po wojnie pojechał za nami do Wrocławia. Próbowano mnie na nim uczyć gry. Niestety prababcia, wszystek swój talent rozdała dzieciom i wnukom. Dla prawnuczki, czyli dla mnie już go nie starczyło.
W latach dziewięćdziesiątych, moi synowie poprosili stroiciela, żeby przywrócił mu świetność dźwięku, ale niestety, przez jego miękką drewnianą płytę (fortepianu, nie stro-iciela) już się tego nie udało zrobić. Został sprzedany za 1,5 miliona jakiejś początkującej ośmioletniej pianistce. Był „miękki”, a takiego jej było właśnie potrzeba. „Twardy” okazał się dla łasiczki.
Piękna opowieść, chociaż słodko-gorzka. A miała być lukrowana tylko.
Podobnie, to znaczy smutno, lecz nikt do dzisiaj nie wie jak, skończył swój żywot Lux.
Wilczur Lux, bo miał sierść rudego koloru, pomagał Mamie w niańczeniu mnie. Byłam spokojnym dzieckiem, toteż Mama po nakarmieniu niemowlęcia, wystawiała mnie w wózku do ogrodu i tam zostawiała pod opieką Luxa. Najedzona spałam spokojnie. Budziłam się zazwyczaj za przyczyną mokrych pieluszek lub gotowa do następnego karmienia. Wtedy Lux „alarmował” Mamę.
Tak to trwało przez czas długi. Ja trochę podrosłam, a Lux zwolniony z obowiązku „niańki” stracił ”głowę” i niestety chyba życie z powodu jakieś psiej panienki. Nic nie dało poszukiwanie psa, który nie powrócił z jednej, z wypraw, w całym Wrocławiu.
Przyjemnie przeczytać taką opowieść. Takie chwile, które opisałaś - te "słodko-gorzkie" właśnie, tworzą przecież nasze życie. Dzięki za te wspomnienia Jolu.
Jolu, bardzo potrzebnie to napisałaś i w dobrej chwili na GenPol- u umieściłaś ;) Uwielbiam Twoje wspomnienia. Historia łasiczki i fortepianu jest niesamowita... A wiesz, że ja, dziewczyna z miasta, nigdy łasicy żywej nie widziałam :( Fortepian owszem...