Archiwum zakładowe, cd...
O matko i córko! To pewnie znowu ona...prezes Witold Amator westchnął tylko na słaby odgłos pukania. Nie chciał, aby podwładni orientowali się w jego hobby, więc spuścił na pasek ekranu monitora zawsze obecny tu GenPol, schował do szuflady zajmującą lekturę o związanej z tematem genetyce, zajął wystudiowaną, władczą pozę w fotelu i rzucił gromkie - proszę!
Czytaj dalej...
Przez ledwo uchylone drzwi, do gabinetu wsunęła się nieśmiało personalna Spółki Jadzia Mól...
-co znowu, co tam? Prezes omiótł wzrokiem zgarbioną, anemiczną postać w wyszarzałym sweterku i workowatej spódnicy, za obszernej, z wiecznie przekręcającym sie na brzuch zapięciem. Spuszczając wzrok, Jadzia wyciągnęła przed siebie księgę z rejestrem pracowników.
-I ? prezes Amator znany był z tego, że umiał paraliżować podwładnych i trzymać na dystans krótkim słówkiem i stanowczym gestem...
-Szanowny panie prezesie, wyjąkała personalna...
-i co i co, niecierpliwił się...
-stała sie rzecz straszna i niewybaczalna panie pre...
-ale co do diaska... nie pozwalał dojśc jej do głosu; pozwalniali się wszyscy, czy co?!
-Nie panie pre...
-już, mówię, już- przyśpieszała, widząc pogrubiającą się niebezpiecznie krechę na czole szefa i coraz szybciej puksujące skronie (czerwona i nalana twarz prezesa była zwyczajnym stanem oblicza, bez względu na emocje)
-nie zgadza się miejsce i data urodzenia dyrektora Grzywki !
-Niech ją licho, muszę koniecznie coś zrobić z tą bezduszną skrupulantką, zatruje mnie na amen, pomyślał. Solidna i dokładna, ale nie trawię już tych jej dat i ciągłych niezgodności...
-I co ten Grzywka, oszust? Odmłodnieć chciał? Przecież to nie kobieta -hehe- jak, nie przymierzając, pani...To zrobić coś z tym, wyprostować..Kto się pomylił, hę ? Sugestia była nazbyt wyraźna -tonacja głosu prezesa i gwałtowne pochylenie w kierunku nieboraczki nie dawało jej cienia wątpliwości.
-Pa..panie prezesie! Personalna Jadzia zachwiała się, pobladła bardziej i poczerwieniała nagle, a jej sweterek (falujące piersi byłyby tu oczywistym nadużyciem) wzniósł się raz jeden i opadł...
-Ja? Ja? Jak mógł pan prezes pomysleć? Czy ja wiem? Parafia czy USC, słuzby...pan dyrektor Grzywka właśnie przyszedł z tym lustracyjnym oświadczeniem, pan prezes wie...i z metryką, i z dowodem, a tu i tam inna data, inne miejsce urodzenia niż w naszych aktach....Boże! Ja wcale nie jestem pewna, czy pan dyrektor Grzywka jest panem dyrektorem Grzywką!
-Ok, wiem, wiem, że jest pani chodzącym wzorem personalnych cnót, i nie tylko tych ...znowu rozległ się jego rechot...Gdyby potrzebowali wzorca do Sevres, to tylko panna Mól, nasz eksportowy produkt ...używał sobie nadal...Ale to jednak u pani w Dziale ta skandaliczna nieścisłość, pani podlega zakładowe archiwum, więc to pani ją naprawi..Taaak, najpierw na własny koszt tygodniowy kurs archiwistyczny, potem kwerenda po parafiach, urzędach, Mormonach, gdzie tam pani chce, nawet do stolicy, do GenPolu niech pani jedzie, tam wiedzą wszystko, pomogą, -niby pocieszał nagle, łaskawie...Ustali pani stan faktyczny -może wracać (zniknie baba, dobre i dwa tygodnie bez tego ustawicznego skrobania w drzwi, poczytać spokojnie nie można, a gdzie mailik, artykulik do GP - ani słówka skrobnąć, pomyślał wkurzony nie na żarty personalnym zawracaniem prezesowej głowy, Amator)
-Pan prezes to nawet i na archiwaliach się zna, te terminy, adresy... pochlebstwem próbowała poprawić swa marną sytuację Jadzia...Ale ten własny koszt...i za co ja teraz pojadę na Targi Książki? Nie będę na promocji, spotkaniu -wyszeptała do siebie bezradnie i łzy pokazały się w jej oczach...
-A co, pewnie, że się znam...O! widzi pani – nie słuchał jej dalej, a połaskotana mile próżność pozwoliła mu odkryć swe zainteresowania. Chełpliwie, szerokim gestem wskazał regał, gdzie obok Poradnika Współczesnego Menagera, Jak Nie Zbankrutować, Jak Żyć Po Bankructwie i Dekalogu Prezesa Spółki Akcyjnej, stały dumnie : Poradnik Genealoga Amatora, Genealogia Dla Każdego i Księga Genealogiczna Twojej Rodziny.
Prezes Amator przeżył już swoją przygodę z odkrywaniem rodzinnych korzeni. Zaczynał dawno, sam i odnosił na tym polu duże sukcesy (odkrył dwa zagubione ogniwa, wyjaśnił trzy błędne tropy i samodzielnie przetłumaczył wiele łacińskich, pruskich i rosyjskich metryk), ale liczne obowiązki zawodowe zmusiły go do oddania sprawy w ręce profesjonalistów. Jak na swoją pozycję przystało wybrał najlepszych: warszawsko-radomską-spółkę: Genealogiczne Poszukiwania Niekonwencjonalne Cierpiał & Maneta, z siedzibą w Trójmieście, wojewódzkimi filiami i przedstawicielstwami w Rydze, Pradze i Kijowie. Taaak, był cholernie zadowolony z ich pracy, kiedy odbierał z rąk właścicieli firmy pięknie oprawioną w skórę, ze złoceniami, monografię swojego rodu, wywód 58 pokoleń przodków i certyfikat niespodziewanego wcale szlachectwa...No! Pan prezes Amator, herbu Szuwary - to brzmi dumnie! puszył się, nadymał.
-A pani to niech coś ze sobą zrobi! ogarnie się jakoś, fryzjer, kosmetyczka, coś w tym guście...i krawcowa! Prezes -po wspomnieniu certyfikatu- chciał nagle poprawić wizerunek i podnieść poziom spółki... I chirurg, plastyczny koniecznie -mruknął pod nosem, ale biedna Jadzia nie usłyszała na swe szczęście ostatniej, błyskotliwej myśli prezesa, bo wybiegła szybko i w długim korytarzu chlipała cicho na wspomnienie brutalnego i rażąco niesprawiedliwego traktowania...I za co mnie tak, za co, za co - powtarzała ciągle, jak w tanim, przedwojennym romansie. Korytarz, jak na złość zapełniony interesantami i urzędnikami, spogladającymi nieżyczliwie na zapłakaną, nielubianą powszechnie personalną, wreszcie skończył się i Jadzia stanęła przed drzwiami swojego azylu. Nacisnęła szybko klamkę właściwie tylko po to, by przeciąg z hukiem zrzucił z parapetu okazałą, ciężką pelargonię...
...na odgłos wypadłej z rąk książki, Arletta otworzyła szeroko oczy i budząc się z koszmarnego snu wracała powoli do rzeczywistości...Wstała z fotela, podniosła i odłożyła na półkę przeglądane właśnie Rodzinne Drzewo Zdrowia Małgorzaty Nowaczyk i podeszła do lustra. Z niekłamaną satysfakcją spojrzała w swe ogromne, zielone niby u kota oczy, poprawiła głęboko wydekoltowaną, najnowszego kroju bluzeczkę, przesunęła wypielęgnowanymi dłońmi po szczupłej talii, odsunęła za kształtne ucho niesforny, stale opadający kosmyk czarnych, lśniących włosów i sprawdziła czy hologramowe tipsy są na swoim miejscu... W półobrocie skontrolowała tył swojej doskonałej wciąż figury, wydymając przy tym ponętne, pełne wargi, między którymi bieliły sie równiutkie rządki ząbków... Nie jestem Jadzia, nie...Arletta, Arletta, jestem Arletta, powtarzała cicho i z tajemniczym uśmiechem pomyślała o jutrzejszym poniedziałku. Zwyczajnym, roboczym poniedziałku, znienawidzonym przez zastępy rozleniwionych długim weekendem pracowników...Nie przez wszystkich...o nie! W dobrym już nastroju zanuciła ulubiony przebój Jarockiej:
Wymyśliłam cię nocą przy blasku świec,
nauczyłam się ciebie po prostu chcieć.
Wystarczyła mi chwila niewielka,
byś imię miał, byś po prostu się stał.
Arletta spojrzała na zegarek, potem w okno, gdzie na pastelowym niebie chyliło się ku zachodowi majowe słońce i westchnęła głęboko. Tylko ona nie mogła doczekać się jutrzejszego dnia...
Dobrze wiem, co oznacza samotność,
osobna noc, osobny dzień...
Gdy samotność dokuczy zbyt mocno,
niech dzieje się co chce, co chce!
...kończyła swym przyjemnym, ciemnej barwy, oryginalnym głosem...Niech się dzieje co chce! powtórzyła do swoich myśli, jedną ręką zgasiła tlącego się w popielniczce papierosa i z kieliszkiem wina w drugiej, zwinnym, kocim ruchem włączyła komputer...
ws
|