Podróż do przeszłości
Data: Sobota, 11 sierpień @ 00:45:44
Temat Wortal GenPol.com
|
Wszystko się zaczęło, gdy przyjechała do nas prababcia. Było to w połowie lat 80-tych. Uczyłem się wtedy w podstawówce w Gorzowie Wielkopolskim. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, że część moich przodków pochodzi z terenów należących do ZSRR.
Do babci przychodziłem często po szkole na obiad. Prababcia Agata, która się u niej zadomowiła, siedziała w fotelu i snuła opowieści o przedwojennym Pińsku, o Pinie wylewającej swe wody na wiosnę tak szeroko, że drugiego brzegu nie było widać, o mnogości łódek i statków cumujących codziennie przy nabrzeżu, o swoim ojcu Filipie – rybaku oraz o braciach Antonim i Janie.
Na tzw. Ziemie Odzyskane przyjechała sama z dziećmi, gdyż mąż zaginął na Wołyniu w roku 1943. Z braćmi w Pińsku nie utrzymywała kontaktu po wojnie.
Wszystkie te tajemnicze opowieści sprawiły, że zacząłem się interesować historią rodziny, a Pińsk stał się miejscem wręcz magicznym. Pochłaniałem wszystkie dostępne książki opisujące to miasto leżące obecnie na Białorusi. Trafiłem na „Imperium” Ryszarda Kapuścińskiego, w którym nawiązuje on do wkroczenia wojsk sowieckich do Pińska, w czasach, gdy jako uczeń mieszkał tam z rodzicami. W antykwariacie kupiłem „Polesie” Antoniego F. Ossendowskiego, a lista moich lektur obowiązkowych powiększyła się o reportaże z podróży na Polesie Ksawerego Pruszyńskiego, „Bunt rojstów” Józefa Mickiewicza oraz wiele innych opisów Pińska i Polesia. Natrafiłem też na wspaniałą książkę Niny Łuszczyk-Ilienkowej „Pińsk. Elektrownia. Mam 10 lat”. Autorka mieszkała w Pińsku z rodzicami przed II wojną światową i tamte „polskie czasy” opisuje w książce. Zmarła w roku 2004, do końca angażując się w lokalne pińskie inicjatywy społeczne.
Wiedziałem, że do Pińska pojechać muszę, choć na chwilę. Mieszkałem już od kilku lat w Białymstoku, więc odległość radykalnie się zmniejszyła. Namówiłem jednego z przyjaciół, ciekawego podróży na Białoruś i w pewną ładną wrześniową sobotę, bez dłuższych przygotowań, wsiedliśmy wcześnie rano do samochodu. Wycieczka nie była udana. W Pińsku byliśmy dosłownie parę godzin, zbyt krótko, aby wszystko zobaczyć, co zaplanowane. Główny plac miasta z górującym nad nim pomnikiem Lenina sprawiał wrażenie przygnębiające. Wszechobecne symbole minionej sowieckiej epoki, słabo zaopatrzone sklepy spożywcze, przypominające nasze duszne sklepy z lat 80-tych, to niewiele zapamiętanych migawek z tej krótkiej podróży. Główną przeszkodą okazały się trwające godzinami procedury na granicy, które znacznie opóźniły nasz wjazd na Białoruś, a następnie powrót do domu. Zniechęciło mnie to do tego stopnia, że przez pewien czas dałem sobie spokój z myślami o kolejnych odwiedzinach Pińska.
Historia miała jednak ciąg dalszy. Rok temu dzięki Internetowi poznałem mieszkającego w Pińsku miłośnika tego miasta. Dzięki niemu nawiązałem kontakt z potomkami Antoniego i Jana. On też odnalazł na starym pińskim cmentarzu nagrobek mojego prapradziadka Filipa z roku 1911. Dzięki niemu w końcu nawiązałem kontakt z wnukiem sąsiadów moich prapradziadków, mieszkającym obecnie w Izraelu.
***
Niedawno wybrałem się do Pińska raz jeszcze. Tym razem pojechałem pociągiem. Dwa dni musiały wystarczyć, aby spotkać się z poznaną niedawno rodziną w Pińsku, odwiedzić wszystkie miejsca związane z miejscem pobytu przodków, pomodlić się na cmentarzu przy grobach.
Pińsk przypomina nieco pod względem architektonicznym Białystok. Drewniana stara zabudowa otaczana jest przez brzydkie powojenne bloki.
Plan mojego pobytu w Pińsku był szczelnie wypełniony czasem. Zaczęliśmy (poznany przez Internet miłośnik pińszczyzny okazał się niezastąpionym przewodnikiem) od odwiedzin starego cmentarza. Cmentarz dzieli się na dwie części: katolicką i prawosławną. Jest mocno zaniedbany: bram wejściowych już od dawna nie ma, wiele nagrobków jest poprzewracanych, poniszczonych, teren cmentarza mocno obrośnięty chwastami. W części prawosławnej znajdują się nagrobki mojego prapradziadka Filipa Szczerbaczewicza, zmarłego w 1911 roku oraz Jana i Antoniego. Napotkałem wiele nagrobków sławnych rodzin, między innymi piękne nagrobki Skirmunttów.
Z cmentarza skierowaliśmy się w stronę przedwojennej ulicy Bernardyńskiej (obecnie ulica Sowiecka). Po drodze, niedaleko cmentarza minęliśmy budynek przedwojennej elektrowni kolejowej, opisanej na wielu stronach książki Niny Łuszczyk-Ilienkowej.
Przy ulicy Bernardyńskiej pod numerem 53, w parterowym drewnianym domu prababcia Agata przed wojną wynajmowała mieszkanie. Nie ma już tego domu. Stoi tam teraz czteropiętrowa kamienica. Nie ma już ulicy Krzywej, gdzie w miejscu ruin dawnego zamku Wiśniowieckich mieszkała w drewnianym domu Paulina Szczerbaczewicz. Wznosi się tam dziś gmach niedawno otwartego Uniwersytetu Poleskiego. Nie ma również przyklasztornego prawosławnego cmentarza w Leszczach (obecnie dzielnica Pińska), gdzie pochowana została praprabacia Paulina. Cmentarz zlikwidowano na przełomie lat 60-ych i 70-ych.
Nostalgiczną wycieczkę pierwszego dnia skończyliśmy w mieszkaniu cioci Heleny, córki Antoniego. Jest coś niesamowitego rozmawiać z ludźmi tak blisko spokrewnionymi, a tak dalekimi, których można było nigdy nie spotkać. Rozmawiać o ich codziennych problemach, tak różnych, a jednocześnie tak podobnych do naszych. W czasie rozmowy starałem się mówić po rosyjsku, choć mówię bardzo słabo. Nie przeszkadzało to jednak w porozumieniu się, ciocia Helena pamięta przecież z dzieciństwa polskie słowa.
Drugiego dnia niespodzianka. Poszliśmy do domu Mikołaja Grigoriewicza Kozłowskiego, który pamięta jeszcze Pińsk przedwojenny i utrwala jego piękno malując obrazy i rysunki ze starych fotografii i pocztówek. W pewnym momencie Mikołaj wyjął swój pamiętnik, a tam wpis samego Ryszarda Kapuścińskiego.
Pińsk opuściłem następnego dnia wcześnie rano. Pojadę tam znów kiedyś.
Artykuł opublikowany na prywatnym blogu autora 14 stycznia 2007.
|
Artykuł ze strony Genealogia Polska
http://www.genpol.com/
Adres WWW tego artykułu to:
http://www.genpol.com/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=356
|
|
|